sobota, 30 listopada 2013

Rozdział II

Mam nadzieję, że rozdział się spodoba i liczę na komentarze : )
Z góry przepraszam, za błędy...
_________________________________________________________

  Lecąc na pegazie czułam się wolna, wiatr rozwiewał mi włosy, a widoki oszałamiały swoim wyglądem.
   Nadal nie mogłam uwierzyć, że jestem herosem... To takie dziwne, wiedzieć, że bogowie ze starożytnej Grecji istnieją na prawdę... Te wszystkie opowieści o Heraklesie czy Tezeuszu, albo o Ikarze mają być prawdą?
   A może to po prostu zwariowany sen? Tak. Na pewno. Zaraz obudzę się w swoim łóżku i wszystko zapomnę. O tak, tak zrobię.
   Spróbowałam.
   Nic. Nie obudziłam się.
   No trudno, przecież nic się nie stało, może po prostu mocno śpię? Tak. Na pewno.
   Co jakiś czas próbowałam powiedzieć coś w myślach do Poli, ale koń chyba mnie nie słyszał. Od czasu do czasu mówił coś, ale było to kierowane bardziej do innych pegazów niż do mnie.
       Teraz na prawo, czy lewo? - w mojej głowie pojawiły się słowa wypowiedziane przez wierzchowca.
       Słyszysz mnie? - spytałam w myślach.
   Cisza.
       -Rozumiesz, co mówię? - spytałam głośno.
       Jasne, czemu nie? - odpowiedział pegaz.
       -A słyszysz kiedy mówię do ciebie w myślach?
       Mówiłaś do mnie w myślach? Nie wiedziałem... Przepraszam.
       Czy to dziecko Posejdona? - odezwał się inny głos.
   Chciałam powiedzieć, że nie, ale się powstrzymałam. Przecież nie wiadomo! Moim ojcem może być każdy!
        -Czy dzieci Posejdona potrafią rozmawiać z końmi? - spytałam.
        Tak. - odpowiedział chórek końskich głosów.
        -A czy ja wyglądam według was jak córka Posejdona?
        Hmm... Gdyby tak na to spojrzeć, to nie. Ale nigdy nic nie wiadomo! Może...
   Nagle urwał, a ja przestałam słyszeć jego głos. Co się stało? Poli zahamował gwałtownie, tak, że prawie z niego spadłam.
       -Co jest?! - wrzasnął Chris. -Uspokój... Się... Głupi... Ko-niu!
   Jego pegaz gwałtownie zatrzymał się, a potem od razu skoczył w górę i Chris spadł z jego grzbietu.
       -NIE! - krzyknęła Lou. Jej wierzchowiec wierzgnął, a ona poleciała za Chrisem.
   Patrzyłam jak moja przyjaciółka dolatuje do Chrisa, a on ją obejmuje. To tak ma się zakończyć życie moich przyjaciół? Ale dlaczego? To nie fair, mamy dopiero po 13 lat, nie możemy umrzeć!
   Poli gwałtownie skręcił, zrobił beczkę i wyrzucił mnie w powietrze. Zimny podmuch owiał mi twarz; oczy zaszły łzami.
   W tym momencie chciałabym być ptakiem. Tak cholernie chciałabym nim być!
   I nagle poczułam, że już nie spadam. Skrzydła łapały wiatr, a ja czułam się, jakbym od zawsze latała. Krzyknęłam, a brzmiało to, jak krzyk mewy w wakacje, kiedy razem z rodzicami pojechałam do Miami do wujków. Właśnie tak brzmiały mewy. Byłam mewą.
   Rozpostarłam skrzydła i wzniosłam się w górę, potem opadłam w dół, ku przyjaciołom. Po mniej niż sekundzie byłam przy nich.
   I co teraz?
   Znów stałam się człowiekiem. Chwyciłam jedną ręką ramię Lou.
       -Dziwny sposób na śmierć - krzyknęłam jej do ucha.
   Popatrzyła mi w oczy, po raz pierwszy zobaczyłam jak płacze.
       -Upadek z konia ze skrzydłami... - uśmiechnęła się blado.
   Spojrzałam w dół, tak blisko ziemi, jeszcze kilka sekund i to się skończy, w tedy się obudzę...
   Ale coś mi mówiło, że nie, że to nie jest sen, że zginiemy naprawdę.
       Gdyby pochwyciłyby nas rośliny, to byłoby dopiero coś! - pomyślałam.
   Scenariusz iście z jakiegoś filmu czy czegoś. Po prostu tak pomyślałam, że byłoby jeszcze ciekawiej z tymi roślinkami.
   No i stało się. Nagle poczułam, że upadam na coś miękkiego, ale jednocześnie szorstkiego.
   Usłyszałam stłumiony jęk Chrisa, potem otworzyłam oczy.
   Leżeliśmy na wielkim krzaku. Roślina już malała opuszczając nas na dół.
       -Żyjemy! - wykrzyknęła Lou. -Naprawdę nie umarliśmy!
       -Tak... - westchnął Chris. -Ale możesz już ze mnie zejść...
   Lou spojrzała na to, na czym siedzi, po czym rumieniąc się przeturlała się na liście.
       -A tak właściwie to na czym siedzimy? - spytałam.
       -Myślę, że to trujący bluszcz - odpowiedział Chris tonem znawcy.
       -Pięknie...
Szybko wygramoliłam się z roślin i popatrzyłam na swoje ręce, które były już całe czerwone, w bąblach i zaczynały swędzieć.
        -Jakim cudem przeżyliśmy? - wysapała Lou stając obok mnie. -Przecież spadliśmy... I... Było wysoko... Bardzo... A trujący bluszcz nie rośnie tak bujnie, prawda?
        -Myślę, że to ty nas uratowałaś - stwierdził Chris patrząc na mnie. -Pamiętasz, jak Seven powiedział coś, że jesteś taką "wybuchową mieszanką"? Pewnie użyłaś jednej ze swoich super-mocy! Tak!
   Cofnęłam się o krok.
        -Ja... To znaczy... Na pewno to nie byłam ja... Ja nie umiem... Zawsze byłam najgorsza... Nie umiem...
        -To ty! - krzyknęła z zapałem Lou. -Ja bym nie mogła! I Chris też nie!
   Chłopak popatrzył na nią, jakby chciał zaprzeczyć, ale powstrzymał się.
        -Tak, tak... - mruknął tylko i odwrócił się w stronę słońca.
        -Powinniśmy rozbić obóz - stwierdziłam rezolutnie.
        -Czy są tu jakieś nasze rzeczy? - spytała Lou.
        -Zachował się mój plecak... Tu jest jeszcze torba z kocami i ten twój worek, Chris. Wiesz... Nie będę do niego zaglądać, dobrze?
        -Spoko, mam tam tylko narkotyki - stwierdził zgryźliwie.
        -Ha ha.
        -Poszukam drewna - oznajmił chłopak odchodząc kawałek. -Jak nie wrócę niedługo - to uciekłem, albo zjadła mnie ta ta Sevena - i zniknął za krzakami.
        -Jak myślisz, co się stało z Sevenem? - spytałam.
        -On chyba... No... Nic mu nie jest, co nie?
        -Miejmy nadzieję.
   Rozpakowałyśmy się w ciszy, nie chciałyśmy spojrzeć sobie w oczy.
        -Chris coś długo nie wraca... - zauważyłam. -Może się zgubił?
        -On? Ze swoim zmysłem orientacji? Nigdy!
   Jednak to nie dawało nam spokoju.
        -A co jeśli coś mu się stało? Wpadł do wilczego dołu czy czegoś tam? Albo dopadła go ta ta...
        -Może pójdziemy go poszukać? - zaproponowałam.
   Ruszyłyśmy na poszukiwania chłopaka.
        -CHRIS! - krzyknęła Lou. -GDZIE JESTEŚ?
   Odpowiedziała nam jedynie cisza. Zaczęłam się bać.
        -Chris, to nieśmieszne, choć tu, no już!
   Zza krzaka usłyszałyśmy jęk, Lou poderwała się.
        -Chris? - spytała.
   Krzak znów jęknął, tym razem bardziej przekonująco. Lou ostrożnie podeszła do rośliny.
        -NIE! - usłyszałam wrzask, który dochodził z przeciwnej strony niż krzak. Odwróciłam się. Moim oczom ukazał się Chris biegnący jak oszalały w naszą stronę, za nim pędziło dwóch olbrzymów o jednym oku... Cyklopów. -Uciekajcie! Już!
   Lou zapatrzyła się w niego, miał rozciętą koszulę na ramieniu i piersi, z ran ciekła mu krew.
        -No już! Uciekajcie! - wrzeszczał. -Szybko! Ja je zatrzymam! - krzycząc to złapał za jakąś wielką gałąź i nadział na nią jednego z cyklopów. Potwór zmienił się w złoty pył. O co tu chodzi?
   Drugi cyklop zaatakował go od tyłu, ale Chris zdążył uskoczyć. Usłyszałam chrupnięcie tuż obok mnie. Przerażona zobaczyłam, jak Lou pada na ziemię.
       -NIE! - krzyknęłam, a cyklop, który czaił się na nas w krzakach nagle zamarł.
   Pod jego stopami otworzyła się mała szczelina, taka, że zmieściła się tam tylko jego noga. To wystarczyło, został unieruchomiony.
   Odciągnęłam ciało mojej przyjaciółki jak najdalej od potworów modląc się, żeby Chrisowi się udało.
   Spojrzałam na twarz Lou, była blada, ale zaczynała nabierać kolorów.
       -C-co? - spytała po chwili.
       -Leż - powiedziałam słabo, nagle opuściły mnie wszystkie siły.
       -Co z Chrisem? - spytała.
       -Walczy...
       -Co się ze mną stało?
       -Jakiś cyklop uderzył cię w głowę... Nie wiem jakim cudem żyjesz.
   Lou westchnęła, po intonacji poznałam, że nie może wyjść z szoku. Spróbowała wstać. Powietrze dokoła nas rozdarł przeraźliwy wrzask.
       -CHRIS! - krzyknęła Lou i pobiegła w stronę głosu.
       -Lou! - zawołałam, ale ona nie słuchała.
   Oparłam się o pień drzewa i pobiegłam za nią. Nogi ugięły mi się pod własnym ciężarem. Upadłam na ziemie.
       Pięknie! Super! - zdążyłam pomyśleć zanim wszystko stało się czarne.

2 komentarze:

  1. "Oparłam się o pień drzewa i pobiegłam za nią." - to zabrzmiało tak, jakby Mary biegła, trzymając się drzewa. Lepiej by było: Oparłam się o pień drzewa, a potem pobiegłam za nią.
    Kilka razy napisałaś z dużej litery w dialogach... Huh, nie ma najmniejszej potrzeby pisać z Caps Lokiem dialogów, zwykły wykrzyknik, ewentualnie trzy wystarczą.
    No i Mary trochę za bardzo... dramatyzuje, o tak!, każda normalna, nienormalna nastolatka rzuciłaby coś zgryźliwego, ale nie dukała o swoich marnych umiejętnościach! Dobra, może teraz trochę przesadzam, ale no... do tej pory lubiłam bohaterkę, a ona... no taki "dziamdziak" jest!
    Nie wykreowałaś bohaterów, kwestie, że tak powiem, każdy ma napisane takim samym językiem. Zwróć uwagę na wypowiedzi Twoich znajomych. Czy każdy mówi, w taki sam sposób? Na pewno, nie. Wszyscy mają jakieś swoje ulubione powiedzonka, etc...
    No i po ostatnie, Twój rozdział nie ma opisów, chociaż nie!, zdarzył się krótki opisik z czego, leciała krew Chrisowi. Może więcej ich, mogłoby ubarwić tekst?
    *wzdycha* Jeżyku, nie złość się, bo pomysł fajny, tylko trochę taki... niedopracowany. Wystarczy, że bardzo, bardzo się przyłożysz do opisów, kreowania postaci i estetyki, bo z nią też krucho, i będzie świetnie!

    A Mary, jak mi się wydaje, jest córką Hekate?

    Pozdrawiam,
    Mad ;*

    OdpowiedzUsuń