Mieszkam z (bardzo jak widać wesołymi) rodzicami. Mam młodszą siostrę Evę (a ona ma normalne imię!), oprócz tego w domu są jeszcze koty i różne wodne stworki. Mówię różne, bo sama nie wiem, co wykształciło się w moim akwarium. Mam wrażenie, że pojawiły się tam nowe gatunki, ale trudno, to nie ważne.
Chodzę do szkoły dla hm, gorszych? Tylko do takiej się dostałam i tylko dla tego, że jest rejonowa. Jestem najgorsza w klasie, i rodzice na mnie krzyczą, bo niby jestem nieukiem. Ale ja się uczę, i to dużo; tylko jak się ma dysleksję, astygmatyzm i dysortografię nie jest zbyt łatwo.
Dwa razy nie wytrzymałam i uciekłam, ale mnie znaleźli i miałam szlaban. Teraz znowu ucieknę, od paru tygodni przygotowuję się do tego. To będzie zbiorowa ucieczka, przyłącza się do mnie Lou i Chris, oni też źle się uczą i nienawidzą swoich starych. Uciekamy w takiej grupie, bo będzie raźniej i łatwiej.
Dzisiaj jak zawsze przygotowywałam się do wyjścia do bazy: potajemnie zabrałam jakieś czipsy, coś do picia i mały przenośny kocyk. Do tego dołożyłam jeszcze latarkę i baterię oraz ulubionego pluszaka.
-Wychodzę! - ryknęłam na cały dom, po czym otworzyłam drzwi.
-Gdzie? - odkrzyknął mój tata, który akurat był w domu.
-Do Lou.
Nie czekając na odpowiedź wyszłam z domu, trzasnęłam drzwiami i wybiegłam na drogę.
Przeszłam dosyć spory kawałek i kiedy byłam już głęboko w lesie skręciłam w lewo zbaczając ze ścieżki. Idąc wciąż przed siebie w końcu zobaczyłam coś, co przypominało jakby chato-szałas - naszą bazę i pamiątkę po wirginijskich osadnikach.
Podbiegłam do niej uśmiechnięta i weszłam do domku przez otwór drzwiowy. Wewnątrz, na starym materacu leżały wielkie plecaki turystyczne, rozwalone koce i poduszki, parę puszek po Coli. Obok tego wszystkiego siedzieli Chris i Lou śmiejąc się cicho. Kiedy mnie zobaczyli, raptownie umilkli.
-Cześć - powiedziałam obojętnie.
-Hej - odpowiedziała Lou lekko się uśmiechając.
-Siema - mruknął Chris.
-Gotowi?
-Ta... Trzeba się tylko spakować.
-Okey. To się pakujemy.
W ciszy przekładaliśmy wszystko z toreb do plecaków i na odwrót. Po jakimś kwadransie byliśmy gotowi.
-Uciekamy dzisiaj, czy kiedy? - zapytała Lou.
-Myślę, że już niedługo. Ale jeszcze nie teraz. - stwierdziłam rozważnie.
Siedzieliśmy dalej w ciszy nie mogąc rozmawiać. Konwersacja się nie kleiła i wszyscy byliśmy też przytłoczeni wizją ucieczki.
-A tak w ogóle - Chris przerwał ciszę panującą w chacie. - Gdzie my pójdziemy?
-Zawsze chciałam zobaczyć Vegas... - rozmarzyła się Lou.
-Vegas jest trochę daleko od Wirginii.
-To Nowy Jork!
-Do Nowego Jorku mamy trochę bliżej, ale to i tak daleko...
-I co z tego? Pójdziemy! Dojdziemy! Będziemy wolni! - wołała Lou tryskając optymizmem.
-Eh... No dobra... Kto jest za tym, żeby iść do Nowego Jorku?
Ręka mojej przyjaciółki natychmiast wystrzeliła w górę, po chwili w górze pojawiła się też dłoń Chrisa.
-Przegłosowane. - stwierdził z zadowoleniem chłopak i posłał mi jeden z prawdopodobnie tysiąca uśmiechów, których używał do podrywania innych dziewczyn. Ja, pewnie jako jedyna mu się oparłam, nie dałam się omamić i byłam tylko jego przyjaciółką. Lou też nie dopuszczała go do siebie tak blisko, był dla niej jak brat, ona dla niego jak siostra; kochali się jak rodzeństwo, a ja byłam ich nudną opiekunką.
-Więc uzgodnione? - spytałam. -Uciekamy do Nowego Jorku, ale co potem?
-Zdobędziemy sławę! Bogactwo! - zawołał Chris. -Starzy pożałują, że byli tacy wobec nas!
-Jacy? - coś za moimi plecami poruszyło się.
Przerażona odwróciłam się w stronę głosu.
-Seven? Czego chcesz, ciołku? - warknął Chris.
-Oj niczego - odparł rosły chłopak, który tak jak Lou i Chris chodził ze mną do klasy. -Chciałem wam tylko powiedzieć, że prędzej zginiecie, niż dojdziecie do Nowego Jorku. Tak, zginiecie. Nie żartuję. Potrzebujecie przewodnika, kogoś, kto doprowadzi was na miejsce, kogoś, kto was obroni i wytyczy szlak. Mówiąc prościej, mnie.
-A jeśli nie skorzystamy? - warknął Chris. -Co nam zrobisz?
-Rozumiem, że wasza wyprawa jest tajemnicą? Byłoby szkoda, gdyby poza naszą czwórką dowiedziałoby się trochę więcej osób, co? - uśmiechnął się przesadnie słodko.
-Jak nas znalazłeś? - spytałam. -Uważałam, żeby nikt mnie nie śledził! Jak?!
-Umiem się świetnie skradać. - wytłumaczył. -To, przyjmiecie mnie do drużyny?
Chris wstał zakasując rękawy, był jeszcze wyższy od Sevena.
-Chris, nie. - Lou złapała chłopaka za rękę. -Uspokój się, policz do dziesięciu...
Ale on podszedł tylko do Sevena i ze zrezygnowanym wyrazem twarzy podał mu rękę.
-Witamy w kompanii - mruknął.
-Widzę, że jesteście rozsądni, miło. A teraz, pokażcie, co już spakowaliście.
Więc pokazaliśmy.
Seven skorygował nasze zapasy, powiedział, co powinniśmy jeszcze zabrać, a co zostawić; ogółem, stał się szefem. Zachowywał się tak, jakby już kiedyś to robił, jakby nie myślał o tym co robi, jego ręce same znały swoje zadanie. Korciło mnie żeby zapytać, czy już kiedyś nie uciekał.
-Uciekałeś już kiedyś? - nie wytrzymałam. -Odpowiedz. Skoro mamy być drużyną, to nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic.
Po dłuższej chwili milczenia chłopak odpowiedział.
-Tak... Uciekałem i to kilka razy - uśmiechnął się słabo. -Zawsze w to samo miejsce, teraz też tam idziemy.
Przestraszyłam się, serio! Co jeśli chciał nas zabić? Zrobić krzywdę? Jeśli jest w mafii? Albo jakiejś sekcie? Co jeśli jest obłąkany? Może już kogoś zabił?
-Spokojnie, tam jest bezpiecznie. - zapewnił mnie. -Nic wam się nie stanie!
Lou popatrzyła na niego nieufnie.
-A może teraz nas okłamujesz? Chcesz nas zwabić w pułapkę i zrobić nam nie-wiadomo-co! Poza tym, jak nam udowodnisz, że mówisz prawdę? Co?!
-Ja... - wyszeptał speszony. -No... Ten... Teges...
-HA! - wykrzyknęła Lou. -Widzicie! Nie można mu ufać!
-Ja... - odezwał się znowu Seven. -Ja... Nie... To znaczy... Nie... Ja... Nie wiem, jak to powiedzieć...
Popatrzył po nas, jego oczy były pełne bólu. Pochylił się i zdjął but. Przygotowałam się na widok brudnej skarpety, ale zamiast tego, było tam...
-KOPYTO?! - wrzasnął Chris. -To jakiś kiepski żart? O co tu chodzi?! Merry, nadal jesteś zła za tamten kawał?! PRZEPRASZAM! Lou, to jakiś spisek przeciwko mnie?! Co jest grane? - wyglądał jakby zaraz miał się rozpłakać, ja też byłam nieźle skołowana. Co się działo? Seven ma kopyta?! Co?!
-Uspokój się. - powiedział spokojnie Seven. -Tak, mam kopyta. Bo widzicie, jestem satyrem...
-Takim jak Pan Tumnus?- spytała głupkowato Lou.
-Można tak powiedzieć, ale fauny są u Rzymian, satyry u Greków. Ja jestem grecki, jestem satyrem.
-W takim razie, nie powinieneś być w Grecji, skoro jesteś "greckim satyrem"?
-Och, nie! Teraz satyry są w Stanach! Podążamy za Olimpem!
-Ale Olimp jest przecież w Grecji... - Chris pochwalił się nikłą znajomością geografii.
-Ale bogowie są tutaj.
Patrzyliśmy na niego, jak na idiotę.
-Eh... Zawsze to samo - mruknął. -Bogowie Olimpijscy istnieją. Tak. A wy jesteście herosami. Dziećmi bogów i śmiertelników.
Tak mogłoby być, bo przecież Lou i Chris mieli po jednym rodzicu, Lou miała ojca; zawsze mówił, że, kiedy moja przyjaciółka się rodziła, coś poszło nie tak i jej mama zmarła; Chris za to nie miał ojca. Jego matka piła, więc zawsze myśleliśmy, że ten po prostu stchórzył i uciekł. A tu nagle pojawia się taki Seven i mówi, że mają oboje rodziców, a ja... No cóż, albo nie jestem tym herosem albo rodzice okłamywali mnie przez całe życie.
-Czekaj, czekaj... CO?! - krzyknęłam. -Ale ja mam mamę i tatę, Monicę i Jonathana! I co?! Które ma być bogiem?! Przestań kłamać! - rozpłakałam się. -Przecież to nie możliwe!
-Wiem, że dla was to szok. Zawsze jest - odezwał się Seven-satyr. -Ale musicie sobie z tym poradzić. A ty, Merry, po prostu rodzice nie powiedzieli ci wszystkiego. Twoja matka jest półbogiem, jej matką jest Brizo, a ojcem też jakiś półbóg. Twoja rodzina od pokoleń dziedziczy cechy bogów. Możliwe, że masz w sobie wszystkich Olimpijczyków i paru pomniejszych, ale też niezwykle silnych bogów. Jesteś właściwie taką "zabójczą mieszanką". - uśmiechnął się pokrzepiająco. -Dlatego muszę cię zabrać do Obozu Pół Krwi. Tych dwoje też.. Przy okazji.
-Dziękuję - mruknął Chris. -Fajnie, że "przy okazji".
-No przepraszam, że to ona -wskazał mnie ruchem ręki -jest głównym celem mojej wyprawy! Poza tym, bierzcie plecaki! Wyruszamy NATYCHMIAST! - ton jego głosu świadczył, że coś go przeraziło. -Szybko! Bierzcie, co macie do wzięcia i w nogi! Za chatą są trzy pegazy! Znają drogę do Obozu! Ruszajcie!
-Ale o co chodzi? - spytała Lou. -Co się dzieje?
-Zbliża się! - wyszeptał. -Jest coraz bliżej! Już wyraźnie czuje waszą krew! Krew półbogów i satyra! Idźcie, ja ją zatrzymam! Na tych pegaz w jakieś osiem godzin dotrzecie do Obozu, teraz idźcie! - wypchnął nas z chatki i poprowadził na jej tyły.
Rzeczywiście, na małej polance pasły się trzy skrzydlate konie, jeden karmelowy i dwa białe w brązowe łatki.
-To Reli, Poli i Koli - Seven wskazał po kolei na konie. -A teraz idźcie, zobaczymy się znów w Obozie. - to mówiąc podbiegł do Reli i założył nań dwie torby, to samo zrobił pozostałym pegazom. Potem wymruczał coś nad każdym z nich i kazał nam wsiadać. Kiedy już każdy miał swojego konia odezwał się po raz ostatni:
-Uważajcie na siebie! - klepnął mojego pegaza w zad. Zwierze poderwało się do góry, za nim konie Chrisa i Lou. -Zobaczymy się w Obozie!
To lecimy! - usłyszałam w głowie. Chwilę minęło, zanim zorientowałam się, że słyszę myśli konia.
_______________________________________
Noo... To pierwszy rozdział już jest! Mam nadzieję, że się podoba
Och.
OdpowiedzUsuńCóż pomysł fajny, pierwszy raz spotykam się z takim.
Tylko jest problem. Źle potraktowałaś ten pomysł. Nie ma tu opisów, jest mnóstwo powtórzeń i niewiele błędów gramatycznych, ale ten tekst nie jest długi, więc nie masz za bardzo wymówki. Poza tym pilnuj, gdzie stawiasz spację, bo z tym też jest problem.
Jeśli jakkolwiek Cię uraziłam to zapraszam na mojego bloga na "hejt wymienny".
[ http://kroniki-huncwotow-madly.blogspot.com/]
Pozdrawiam,
Maddly ;*
Ps. Mogłabyś usunąć weryfikację obrazkową?