Mam nadzieję, że rozdział się spodoba i liczę na komentarze : )
Z góry przepraszam, za błędy...
_________________________________________________________
Lecąc na pegazie czułam się wolna, wiatr rozwiewał mi włosy, a widoki oszałamiały swoim wyglądem.
Nadal nie mogłam uwierzyć, że jestem herosem... To takie dziwne, wiedzieć, że bogowie ze starożytnej Grecji istnieją na prawdę... Te wszystkie opowieści o Heraklesie czy Tezeuszu, albo o Ikarze mają być prawdą?
A może to po prostu zwariowany sen? Tak. Na pewno. Zaraz obudzę się w swoim łóżku i wszystko zapomnę. O tak, tak zrobię.
Spróbowałam.
Nic. Nie obudziłam się.
No trudno, przecież nic się nie stało, może po prostu mocno śpię? Tak. Na pewno.
Co jakiś czas próbowałam powiedzieć coś w myślach do Poli, ale koń chyba mnie nie słyszał. Od czasu do czasu mówił coś, ale było to kierowane bardziej do innych pegazów niż do mnie.
Teraz na prawo, czy lewo? - w mojej głowie pojawiły się słowa wypowiedziane przez wierzchowca.
Słyszysz mnie? - spytałam w myślach.
Cisza.
-Rozumiesz, co mówię? - spytałam głośno.
Jasne, czemu nie? - odpowiedział pegaz.
-A słyszysz kiedy mówię do ciebie w myślach?
Mówiłaś do mnie w myślach? Nie wiedziałem... Przepraszam.
Czy to dziecko Posejdona? - odezwał się inny głos.
Chciałam powiedzieć, że nie, ale się powstrzymałam. Przecież nie wiadomo! Moim ojcem może być każdy!
-Czy dzieci Posejdona potrafią rozmawiać z końmi? - spytałam.
Tak. - odpowiedział chórek końskich głosów.
-A czy ja wyglądam według was jak córka Posejdona?
Hmm... Gdyby tak na to spojrzeć, to nie. Ale nigdy nic nie wiadomo! Może...
Nagle urwał, a ja przestałam słyszeć jego głos. Co się stało? Poli zahamował gwałtownie, tak, że prawie z niego spadłam.
-Co jest?! - wrzasnął Chris. -Uspokój... Się... Głupi... Ko-niu!
Jego pegaz gwałtownie zatrzymał się, a potem od razu skoczył w górę i Chris spadł z jego grzbietu.
-NIE! - krzyknęła Lou. Jej wierzchowiec wierzgnął, a ona poleciała za Chrisem.
Patrzyłam jak moja przyjaciółka dolatuje do Chrisa, a on ją obejmuje. To tak ma się zakończyć życie moich przyjaciół? Ale dlaczego? To nie fair, mamy dopiero po 13 lat, nie możemy umrzeć!
Poli gwałtownie skręcił, zrobił beczkę i wyrzucił mnie w powietrze. Zimny podmuch owiał mi twarz; oczy zaszły łzami.
W tym momencie chciałabym być ptakiem. Tak cholernie chciałabym nim być!
I nagle poczułam, że już nie spadam. Skrzydła łapały wiatr, a ja czułam się, jakbym od zawsze latała. Krzyknęłam, a brzmiało to, jak krzyk mewy w wakacje, kiedy razem z rodzicami pojechałam do Miami do wujków. Właśnie tak brzmiały mewy. Byłam mewą.
Rozpostarłam skrzydła i wzniosłam się w górę, potem opadłam w dół, ku przyjaciołom. Po mniej niż sekundzie byłam przy nich.
I co teraz?
Znów stałam się człowiekiem. Chwyciłam jedną ręką ramię Lou.
-Dziwny sposób na śmierć - krzyknęłam jej do ucha.
Popatrzyła mi w oczy, po raz pierwszy zobaczyłam jak płacze.
-Upadek z konia ze skrzydłami... - uśmiechnęła się blado.
Spojrzałam w dół, tak blisko ziemi, jeszcze kilka sekund i to się skończy, w tedy się obudzę...
Ale coś mi mówiło, że nie, że to nie jest sen, że zginiemy naprawdę.
Gdyby pochwyciłyby nas rośliny, to byłoby dopiero coś! - pomyślałam.
Scenariusz iście z jakiegoś filmu czy czegoś. Po prostu tak pomyślałam, że byłoby jeszcze ciekawiej z tymi roślinkami.
No i stało się. Nagle poczułam, że upadam na coś miękkiego, ale jednocześnie szorstkiego.
Usłyszałam stłumiony jęk Chrisa, potem otworzyłam oczy.
Leżeliśmy na wielkim krzaku. Roślina już malała opuszczając nas na dół.
-Żyjemy! - wykrzyknęła Lou. -Naprawdę nie umarliśmy!
-Tak... - westchnął Chris. -Ale możesz już ze mnie zejść...
Lou spojrzała na to, na czym siedzi, po czym rumieniąc się przeturlała się na liście.
-A tak właściwie to na czym siedzimy? - spytałam.
-Myślę, że to trujący bluszcz - odpowiedział Chris tonem znawcy.
-Pięknie...
Szybko wygramoliłam się z roślin i popatrzyłam na swoje ręce, które były już całe czerwone, w bąblach i zaczynały swędzieć.
-Jakim cudem przeżyliśmy? - wysapała Lou stając obok mnie. -Przecież spadliśmy... I... Było wysoko... Bardzo... A trujący bluszcz nie rośnie tak bujnie, prawda?
-Myślę, że to ty nas uratowałaś - stwierdził Chris patrząc na mnie. -Pamiętasz, jak Seven powiedział coś, że jesteś taką "wybuchową mieszanką"? Pewnie użyłaś jednej ze swoich super-mocy! Tak!
Cofnęłam się o krok.
-Ja... To znaczy... Na pewno to nie byłam ja... Ja nie umiem... Zawsze byłam najgorsza... Nie umiem...
-To ty! - krzyknęła z zapałem Lou. -Ja bym nie mogła! I Chris też nie!
Chłopak popatrzył na nią, jakby chciał zaprzeczyć, ale powstrzymał się.
-Tak, tak... - mruknął tylko i odwrócił się w stronę słońca.
-Powinniśmy rozbić obóz - stwierdziłam rezolutnie.
-Czy są tu jakieś nasze rzeczy? - spytała Lou.
-Zachował się mój plecak... Tu jest jeszcze torba z kocami i ten twój worek, Chris. Wiesz... Nie będę do niego zaglądać, dobrze?
-Spoko, mam tam tylko narkotyki - stwierdził zgryźliwie.
-Ha ha.
-Poszukam drewna - oznajmił chłopak odchodząc kawałek. -Jak nie wrócę niedługo - to uciekłem, albo zjadła mnie ta ta Sevena - i zniknął za krzakami.
-Jak myślisz, co się stało z Sevenem? - spytałam.
-On chyba... No... Nic mu nie jest, co nie?
-Miejmy nadzieję.
Rozpakowałyśmy się w ciszy, nie chciałyśmy spojrzeć sobie w oczy.
-Chris coś długo nie wraca... - zauważyłam. -Może się zgubił?
-On? Ze swoim zmysłem orientacji? Nigdy!
Jednak to nie dawało nam spokoju.
-A co jeśli coś mu się stało? Wpadł do wilczego dołu czy czegoś tam? Albo dopadła go ta ta...
-Może pójdziemy go poszukać? - zaproponowałam.
Ruszyłyśmy na poszukiwania chłopaka.
-CHRIS! - krzyknęła Lou. -GDZIE JESTEŚ?
Odpowiedziała nam jedynie cisza. Zaczęłam się bać.
-Chris, to nieśmieszne, choć tu, no już!
Zza krzaka usłyszałyśmy jęk, Lou poderwała się.
-Chris? - spytała.
Krzak znów jęknął, tym razem bardziej przekonująco. Lou ostrożnie podeszła do rośliny.
-NIE! - usłyszałam wrzask, który dochodził z przeciwnej strony niż krzak. Odwróciłam się. Moim oczom ukazał się Chris biegnący jak oszalały w naszą stronę, za nim pędziło dwóch olbrzymów o jednym oku... Cyklopów. -Uciekajcie! Już!
Lou zapatrzyła się w niego, miał rozciętą koszulę na ramieniu i piersi, z ran ciekła mu krew.
-No już! Uciekajcie! - wrzeszczał. -Szybko! Ja je zatrzymam! - krzycząc to złapał za jakąś wielką gałąź i nadział na nią jednego z cyklopów. Potwór zmienił się w złoty pył. O co tu chodzi?
Drugi cyklop zaatakował go od tyłu, ale Chris zdążył uskoczyć. Usłyszałam chrupnięcie tuż obok mnie. Przerażona zobaczyłam, jak Lou pada na ziemię.
-NIE! - krzyknęłam, a cyklop, który czaił się na nas w krzakach nagle zamarł.
Pod jego stopami otworzyła się mała szczelina, taka, że zmieściła się tam tylko jego noga. To wystarczyło, został unieruchomiony.
Odciągnęłam ciało mojej przyjaciółki jak najdalej od potworów modląc się, żeby Chrisowi się udało.
Spojrzałam na twarz Lou, była blada, ale zaczynała nabierać kolorów.
-C-co? - spytała po chwili.
-Leż - powiedziałam słabo, nagle opuściły mnie wszystkie siły.
-Co z Chrisem? - spytała.
-Walczy...
-Co się ze mną stało?
-Jakiś cyklop uderzył cię w głowę... Nie wiem jakim cudem żyjesz.
Lou westchnęła, po intonacji poznałam, że nie może wyjść z szoku. Spróbowała wstać. Powietrze dokoła nas rozdarł przeraźliwy wrzask.
-CHRIS! - krzyknęła Lou i pobiegła w stronę głosu.
-Lou! - zawołałam, ale ona nie słuchała.
Oparłam się o pień drzewa i pobiegłam za nią. Nogi ugięły mi się pod własnym ciężarem. Upadłam na ziemie.
Pięknie! Super! - zdążyłam pomyśleć zanim wszystko stało się czarne.
Za zachodem słońca
Gdzieś tam znajdziesz swoje miejsce. Na pewno...
sobota, 30 listopada 2013
sobota, 9 listopada 2013
Rozdział I
Mam na imię Merry Christmas, wiem, wiem... "Wesołych Świąt!". Wydaje mi się, że moi rodzice mięli dosyć ciekawe poczucie humoru, ale cóż, imienia nie zmienię, przynajmniej na razie.
Mieszkam z (bardzo jak widać wesołymi) rodzicami. Mam młodszą siostrę Evę (a ona ma normalne imię!), oprócz tego w domu są jeszcze koty i różne wodne stworki. Mówię różne, bo sama nie wiem, co wykształciło się w moim akwarium. Mam wrażenie, że pojawiły się tam nowe gatunki, ale trudno, to nie ważne.
Chodzę do szkoły dla hm, gorszych? Tylko do takiej się dostałam i tylko dla tego, że jest rejonowa. Jestem najgorsza w klasie, i rodzice na mnie krzyczą, bo niby jestem nieukiem. Ale ja się uczę, i to dużo; tylko jak się ma dysleksję, astygmatyzm i dysortografię nie jest zbyt łatwo.
Dwa razy nie wytrzymałam i uciekłam, ale mnie znaleźli i miałam szlaban. Teraz znowu ucieknę, od paru tygodni przygotowuję się do tego. To będzie zbiorowa ucieczka, przyłącza się do mnie Lou i Chris, oni też źle się uczą i nienawidzą swoich starych. Uciekamy w takiej grupie, bo będzie raźniej i łatwiej.
Dzisiaj jak zawsze przygotowywałam się do wyjścia do bazy: potajemnie zabrałam jakieś czipsy, coś do picia i mały przenośny kocyk. Do tego dołożyłam jeszcze latarkę i baterię oraz ulubionego pluszaka.
-Wychodzę! - ryknęłam na cały dom, po czym otworzyłam drzwi.
-Gdzie? - odkrzyknął mój tata, który akurat był w domu.
-Do Lou.
Nie czekając na odpowiedź wyszłam z domu, trzasnęłam drzwiami i wybiegłam na drogę.
Przeszłam dosyć spory kawałek i kiedy byłam już głęboko w lesie skręciłam w lewo zbaczając ze ścieżki. Idąc wciąż przed siebie w końcu zobaczyłam coś, co przypominało jakby chato-szałas - naszą bazę i pamiątkę po wirginijskich osadnikach.
Podbiegłam do niej uśmiechnięta i weszłam do domku przez otwór drzwiowy. Wewnątrz, na starym materacu leżały wielkie plecaki turystyczne, rozwalone koce i poduszki, parę puszek po Coli. Obok tego wszystkiego siedzieli Chris i Lou śmiejąc się cicho. Kiedy mnie zobaczyli, raptownie umilkli.
-Cześć - powiedziałam obojętnie.
-Hej - odpowiedziała Lou lekko się uśmiechając.
-Siema - mruknął Chris.
-Gotowi?
-Ta... Trzeba się tylko spakować.
-Okey. To się pakujemy.
W ciszy przekładaliśmy wszystko z toreb do plecaków i na odwrót. Po jakimś kwadransie byliśmy gotowi.
-Uciekamy dzisiaj, czy kiedy? - zapytała Lou.
-Myślę, że już niedługo. Ale jeszcze nie teraz. - stwierdziłam rozważnie.
Siedzieliśmy dalej w ciszy nie mogąc rozmawiać. Konwersacja się nie kleiła i wszyscy byliśmy też przytłoczeni wizją ucieczki.
-A tak w ogóle - Chris przerwał ciszę panującą w chacie. - Gdzie my pójdziemy?
-Zawsze chciałam zobaczyć Vegas... - rozmarzyła się Lou.
-Vegas jest trochę daleko od Wirginii.
-To Nowy Jork!
-Do Nowego Jorku mamy trochę bliżej, ale to i tak daleko...
-I co z tego? Pójdziemy! Dojdziemy! Będziemy wolni! - wołała Lou tryskając optymizmem.
-Eh... No dobra... Kto jest za tym, żeby iść do Nowego Jorku?
Ręka mojej przyjaciółki natychmiast wystrzeliła w górę, po chwili w górze pojawiła się też dłoń Chrisa.
-Przegłosowane. - stwierdził z zadowoleniem chłopak i posłał mi jeden z prawdopodobnie tysiąca uśmiechów, których używał do podrywania innych dziewczyn. Ja, pewnie jako jedyna mu się oparłam, nie dałam się omamić i byłam tylko jego przyjaciółką. Lou też nie dopuszczała go do siebie tak blisko, był dla niej jak brat, ona dla niego jak siostra; kochali się jak rodzeństwo, a ja byłam ich nudną opiekunką.
-Więc uzgodnione? - spytałam. -Uciekamy do Nowego Jorku, ale co potem?
-Zdobędziemy sławę! Bogactwo! - zawołał Chris. -Starzy pożałują, że byli tacy wobec nas!
-Jacy? - coś za moimi plecami poruszyło się.
Przerażona odwróciłam się w stronę głosu.
-Seven? Czego chcesz, ciołku? - warknął Chris.
-Oj niczego - odparł rosły chłopak, który tak jak Lou i Chris chodził ze mną do klasy. -Chciałem wam tylko powiedzieć, że prędzej zginiecie, niż dojdziecie do Nowego Jorku. Tak, zginiecie. Nie żartuję. Potrzebujecie przewodnika, kogoś, kto doprowadzi was na miejsce, kogoś, kto was obroni i wytyczy szlak. Mówiąc prościej, mnie.
-A jeśli nie skorzystamy? - warknął Chris. -Co nam zrobisz?
-Rozumiem, że wasza wyprawa jest tajemnicą? Byłoby szkoda, gdyby poza naszą czwórką dowiedziałoby się trochę więcej osób, co? - uśmiechnął się przesadnie słodko.
-Jak nas znalazłeś? - spytałam. -Uważałam, żeby nikt mnie nie śledził! Jak?!
-Umiem się świetnie skradać. - wytłumaczył. -To, przyjmiecie mnie do drużyny?
Chris wstał zakasując rękawy, był jeszcze wyższy od Sevena.
-Chris, nie. - Lou złapała chłopaka za rękę. -Uspokój się, policz do dziesięciu...
Ale on podszedł tylko do Sevena i ze zrezygnowanym wyrazem twarzy podał mu rękę.
-Witamy w kompanii - mruknął.
-Widzę, że jesteście rozsądni, miło. A teraz, pokażcie, co już spakowaliście.
Więc pokazaliśmy.
Seven skorygował nasze zapasy, powiedział, co powinniśmy jeszcze zabrać, a co zostawić; ogółem, stał się szefem. Zachowywał się tak, jakby już kiedyś to robił, jakby nie myślał o tym co robi, jego ręce same znały swoje zadanie. Korciło mnie żeby zapytać, czy już kiedyś nie uciekał.
-Uciekałeś już kiedyś? - nie wytrzymałam. -Odpowiedz. Skoro mamy być drużyną, to nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic.
Po dłuższej chwili milczenia chłopak odpowiedział.
-Tak... Uciekałem i to kilka razy - uśmiechnął się słabo. -Zawsze w to samo miejsce, teraz też tam idziemy.
Przestraszyłam się, serio! Co jeśli chciał nas zabić? Zrobić krzywdę? Jeśli jest w mafii? Albo jakiejś sekcie? Co jeśli jest obłąkany? Może już kogoś zabił?
-Spokojnie, tam jest bezpiecznie. - zapewnił mnie. -Nic wam się nie stanie!
Lou popatrzyła na niego nieufnie.
-A może teraz nas okłamujesz? Chcesz nas zwabić w pułapkę i zrobić nam nie-wiadomo-co! Poza tym, jak nam udowodnisz, że mówisz prawdę? Co?!
-Ja... - wyszeptał speszony. -No... Ten... Teges...
-HA! - wykrzyknęła Lou. -Widzicie! Nie można mu ufać!
-Ja... - odezwał się znowu Seven. -Ja... Nie... To znaczy... Nie... Ja... Nie wiem, jak to powiedzieć...
Popatrzył po nas, jego oczy były pełne bólu. Pochylił się i zdjął but. Przygotowałam się na widok brudnej skarpety, ale zamiast tego, było tam...
-KOPYTO?! - wrzasnął Chris. -To jakiś kiepski żart? O co tu chodzi?! Merry, nadal jesteś zła za tamten kawał?! PRZEPRASZAM! Lou, to jakiś spisek przeciwko mnie?! Co jest grane? - wyglądał jakby zaraz miał się rozpłakać, ja też byłam nieźle skołowana. Co się działo? Seven ma kopyta?! Co?!
-Uspokój się. - powiedział spokojnie Seven. -Tak, mam kopyta. Bo widzicie, jestem satyrem...
-Takim jak Pan Tumnus?- spytała głupkowato Lou.
-Można tak powiedzieć, ale fauny są u Rzymian, satyry u Greków. Ja jestem grecki, jestem satyrem.
-W takim razie, nie powinieneś być w Grecji, skoro jesteś "greckim satyrem"?
-Och, nie! Teraz satyry są w Stanach! Podążamy za Olimpem!
-Ale Olimp jest przecież w Grecji... - Chris pochwalił się nikłą znajomością geografii.
-Ale bogowie są tutaj.
Patrzyliśmy na niego, jak na idiotę.
-Eh... Zawsze to samo - mruknął. -Bogowie Olimpijscy istnieją. Tak. A wy jesteście herosami. Dziećmi bogów i śmiertelników.
Tak mogłoby być, bo przecież Lou i Chris mieli po jednym rodzicu, Lou miała ojca; zawsze mówił, że, kiedy moja przyjaciółka się rodziła, coś poszło nie tak i jej mama zmarła; Chris za to nie miał ojca. Jego matka piła, więc zawsze myśleliśmy, że ten po prostu stchórzył i uciekł. A tu nagle pojawia się taki Seven i mówi, że mają oboje rodziców, a ja... No cóż, albo nie jestem tym herosem albo rodzice okłamywali mnie przez całe życie.
-Czekaj, czekaj... CO?! - krzyknęłam. -Ale ja mam mamę i tatę, Monicę i Jonathana! I co?! Które ma być bogiem?! Przestań kłamać! - rozpłakałam się. -Przecież to nie możliwe!
-Wiem, że dla was to szok. Zawsze jest - odezwał się Seven-satyr. -Ale musicie sobie z tym poradzić. A ty, Merry, po prostu rodzice nie powiedzieli ci wszystkiego. Twoja matka jest półbogiem, jej matką jest Brizo, a ojcem też jakiś półbóg. Twoja rodzina od pokoleń dziedziczy cechy bogów. Możliwe, że masz w sobie wszystkich Olimpijczyków i paru pomniejszych, ale też niezwykle silnych bogów. Jesteś właściwie taką "zabójczą mieszanką". - uśmiechnął się pokrzepiająco. -Dlatego muszę cię zabrać do Obozu Pół Krwi. Tych dwoje też.. Przy okazji.
-Dziękuję - mruknął Chris. -Fajnie, że "przy okazji".
-No przepraszam, że to ona -wskazał mnie ruchem ręki -jest głównym celem mojej wyprawy! Poza tym, bierzcie plecaki! Wyruszamy NATYCHMIAST! - ton jego głosu świadczył, że coś go przeraziło. -Szybko! Bierzcie, co macie do wzięcia i w nogi! Za chatą są trzy pegazy! Znają drogę do Obozu! Ruszajcie!
-Ale o co chodzi? - spytała Lou. -Co się dzieje?
-Zbliża się! - wyszeptał. -Jest coraz bliżej! Już wyraźnie czuje waszą krew! Krew półbogów i satyra! Idźcie, ja ją zatrzymam! Na tych pegaz w jakieś osiem godzin dotrzecie do Obozu, teraz idźcie! - wypchnął nas z chatki i poprowadził na jej tyły.
Rzeczywiście, na małej polance pasły się trzy skrzydlate konie, jeden karmelowy i dwa białe w brązowe łatki.
-To Reli, Poli i Koli - Seven wskazał po kolei na konie. -A teraz idźcie, zobaczymy się znów w Obozie. - to mówiąc podbiegł do Reli i założył nań dwie torby, to samo zrobił pozostałym pegazom. Potem wymruczał coś nad każdym z nich i kazał nam wsiadać. Kiedy już każdy miał swojego konia odezwał się po raz ostatni:
-Uważajcie na siebie! - klepnął mojego pegaza w zad. Zwierze poderwało się do góry, za nim konie Chrisa i Lou. -Zobaczymy się w Obozie!
To lecimy! - usłyszałam w głowie. Chwilę minęło, zanim zorientowałam się, że słyszę myśli konia.
_______________________________________
Noo... To pierwszy rozdział już jest! Mam nadzieję, że się podobai liczę na komentarze! : D
Mieszkam z (bardzo jak widać wesołymi) rodzicami. Mam młodszą siostrę Evę (a ona ma normalne imię!), oprócz tego w domu są jeszcze koty i różne wodne stworki. Mówię różne, bo sama nie wiem, co wykształciło się w moim akwarium. Mam wrażenie, że pojawiły się tam nowe gatunki, ale trudno, to nie ważne.
Chodzę do szkoły dla hm, gorszych? Tylko do takiej się dostałam i tylko dla tego, że jest rejonowa. Jestem najgorsza w klasie, i rodzice na mnie krzyczą, bo niby jestem nieukiem. Ale ja się uczę, i to dużo; tylko jak się ma dysleksję, astygmatyzm i dysortografię nie jest zbyt łatwo.
Dwa razy nie wytrzymałam i uciekłam, ale mnie znaleźli i miałam szlaban. Teraz znowu ucieknę, od paru tygodni przygotowuję się do tego. To będzie zbiorowa ucieczka, przyłącza się do mnie Lou i Chris, oni też źle się uczą i nienawidzą swoich starych. Uciekamy w takiej grupie, bo będzie raźniej i łatwiej.
Dzisiaj jak zawsze przygotowywałam się do wyjścia do bazy: potajemnie zabrałam jakieś czipsy, coś do picia i mały przenośny kocyk. Do tego dołożyłam jeszcze latarkę i baterię oraz ulubionego pluszaka.
-Wychodzę! - ryknęłam na cały dom, po czym otworzyłam drzwi.
-Gdzie? - odkrzyknął mój tata, który akurat był w domu.
-Do Lou.
Nie czekając na odpowiedź wyszłam z domu, trzasnęłam drzwiami i wybiegłam na drogę.
Przeszłam dosyć spory kawałek i kiedy byłam już głęboko w lesie skręciłam w lewo zbaczając ze ścieżki. Idąc wciąż przed siebie w końcu zobaczyłam coś, co przypominało jakby chato-szałas - naszą bazę i pamiątkę po wirginijskich osadnikach.
Podbiegłam do niej uśmiechnięta i weszłam do domku przez otwór drzwiowy. Wewnątrz, na starym materacu leżały wielkie plecaki turystyczne, rozwalone koce i poduszki, parę puszek po Coli. Obok tego wszystkiego siedzieli Chris i Lou śmiejąc się cicho. Kiedy mnie zobaczyli, raptownie umilkli.
-Cześć - powiedziałam obojętnie.
-Hej - odpowiedziała Lou lekko się uśmiechając.
-Siema - mruknął Chris.
-Gotowi?
-Ta... Trzeba się tylko spakować.
-Okey. To się pakujemy.
W ciszy przekładaliśmy wszystko z toreb do plecaków i na odwrót. Po jakimś kwadransie byliśmy gotowi.
-Uciekamy dzisiaj, czy kiedy? - zapytała Lou.
-Myślę, że już niedługo. Ale jeszcze nie teraz. - stwierdziłam rozważnie.
Siedzieliśmy dalej w ciszy nie mogąc rozmawiać. Konwersacja się nie kleiła i wszyscy byliśmy też przytłoczeni wizją ucieczki.
-A tak w ogóle - Chris przerwał ciszę panującą w chacie. - Gdzie my pójdziemy?
-Zawsze chciałam zobaczyć Vegas... - rozmarzyła się Lou.
-Vegas jest trochę daleko od Wirginii.
-To Nowy Jork!
-Do Nowego Jorku mamy trochę bliżej, ale to i tak daleko...
-I co z tego? Pójdziemy! Dojdziemy! Będziemy wolni! - wołała Lou tryskając optymizmem.
-Eh... No dobra... Kto jest za tym, żeby iść do Nowego Jorku?
Ręka mojej przyjaciółki natychmiast wystrzeliła w górę, po chwili w górze pojawiła się też dłoń Chrisa.
-Przegłosowane. - stwierdził z zadowoleniem chłopak i posłał mi jeden z prawdopodobnie tysiąca uśmiechów, których używał do podrywania innych dziewczyn. Ja, pewnie jako jedyna mu się oparłam, nie dałam się omamić i byłam tylko jego przyjaciółką. Lou też nie dopuszczała go do siebie tak blisko, był dla niej jak brat, ona dla niego jak siostra; kochali się jak rodzeństwo, a ja byłam ich nudną opiekunką.
-Więc uzgodnione? - spytałam. -Uciekamy do Nowego Jorku, ale co potem?
-Zdobędziemy sławę! Bogactwo! - zawołał Chris. -Starzy pożałują, że byli tacy wobec nas!
-Jacy? - coś za moimi plecami poruszyło się.
Przerażona odwróciłam się w stronę głosu.
-Seven? Czego chcesz, ciołku? - warknął Chris.
-Oj niczego - odparł rosły chłopak, który tak jak Lou i Chris chodził ze mną do klasy. -Chciałem wam tylko powiedzieć, że prędzej zginiecie, niż dojdziecie do Nowego Jorku. Tak, zginiecie. Nie żartuję. Potrzebujecie przewodnika, kogoś, kto doprowadzi was na miejsce, kogoś, kto was obroni i wytyczy szlak. Mówiąc prościej, mnie.
-A jeśli nie skorzystamy? - warknął Chris. -Co nam zrobisz?
-Rozumiem, że wasza wyprawa jest tajemnicą? Byłoby szkoda, gdyby poza naszą czwórką dowiedziałoby się trochę więcej osób, co? - uśmiechnął się przesadnie słodko.
-Jak nas znalazłeś? - spytałam. -Uważałam, żeby nikt mnie nie śledził! Jak?!
-Umiem się świetnie skradać. - wytłumaczył. -To, przyjmiecie mnie do drużyny?
Chris wstał zakasując rękawy, był jeszcze wyższy od Sevena.
-Chris, nie. - Lou złapała chłopaka za rękę. -Uspokój się, policz do dziesięciu...
Ale on podszedł tylko do Sevena i ze zrezygnowanym wyrazem twarzy podał mu rękę.
-Witamy w kompanii - mruknął.
-Widzę, że jesteście rozsądni, miło. A teraz, pokażcie, co już spakowaliście.
Więc pokazaliśmy.
Seven skorygował nasze zapasy, powiedział, co powinniśmy jeszcze zabrać, a co zostawić; ogółem, stał się szefem. Zachowywał się tak, jakby już kiedyś to robił, jakby nie myślał o tym co robi, jego ręce same znały swoje zadanie. Korciło mnie żeby zapytać, czy już kiedyś nie uciekał.
-Uciekałeś już kiedyś? - nie wytrzymałam. -Odpowiedz. Skoro mamy być drużyną, to nie powinniśmy mieć przed sobą tajemnic.
Po dłuższej chwili milczenia chłopak odpowiedział.
-Tak... Uciekałem i to kilka razy - uśmiechnął się słabo. -Zawsze w to samo miejsce, teraz też tam idziemy.
Przestraszyłam się, serio! Co jeśli chciał nas zabić? Zrobić krzywdę? Jeśli jest w mafii? Albo jakiejś sekcie? Co jeśli jest obłąkany? Może już kogoś zabił?
-Spokojnie, tam jest bezpiecznie. - zapewnił mnie. -Nic wam się nie stanie!
Lou popatrzyła na niego nieufnie.
-A może teraz nas okłamujesz? Chcesz nas zwabić w pułapkę i zrobić nam nie-wiadomo-co! Poza tym, jak nam udowodnisz, że mówisz prawdę? Co?!
-Ja... - wyszeptał speszony. -No... Ten... Teges...
-HA! - wykrzyknęła Lou. -Widzicie! Nie można mu ufać!
-Ja... - odezwał się znowu Seven. -Ja... Nie... To znaczy... Nie... Ja... Nie wiem, jak to powiedzieć...
Popatrzył po nas, jego oczy były pełne bólu. Pochylił się i zdjął but. Przygotowałam się na widok brudnej skarpety, ale zamiast tego, było tam...
-KOPYTO?! - wrzasnął Chris. -To jakiś kiepski żart? O co tu chodzi?! Merry, nadal jesteś zła za tamten kawał?! PRZEPRASZAM! Lou, to jakiś spisek przeciwko mnie?! Co jest grane? - wyglądał jakby zaraz miał się rozpłakać, ja też byłam nieźle skołowana. Co się działo? Seven ma kopyta?! Co?!
-Uspokój się. - powiedział spokojnie Seven. -Tak, mam kopyta. Bo widzicie, jestem satyrem...
-Takim jak Pan Tumnus?- spytała głupkowato Lou.
-Można tak powiedzieć, ale fauny są u Rzymian, satyry u Greków. Ja jestem grecki, jestem satyrem.
-W takim razie, nie powinieneś być w Grecji, skoro jesteś "greckim satyrem"?
-Och, nie! Teraz satyry są w Stanach! Podążamy za Olimpem!
-Ale Olimp jest przecież w Grecji... - Chris pochwalił się nikłą znajomością geografii.
-Ale bogowie są tutaj.
Patrzyliśmy na niego, jak na idiotę.
-Eh... Zawsze to samo - mruknął. -Bogowie Olimpijscy istnieją. Tak. A wy jesteście herosami. Dziećmi bogów i śmiertelników.
Tak mogłoby być, bo przecież Lou i Chris mieli po jednym rodzicu, Lou miała ojca; zawsze mówił, że, kiedy moja przyjaciółka się rodziła, coś poszło nie tak i jej mama zmarła; Chris za to nie miał ojca. Jego matka piła, więc zawsze myśleliśmy, że ten po prostu stchórzył i uciekł. A tu nagle pojawia się taki Seven i mówi, że mają oboje rodziców, a ja... No cóż, albo nie jestem tym herosem albo rodzice okłamywali mnie przez całe życie.
-Czekaj, czekaj... CO?! - krzyknęłam. -Ale ja mam mamę i tatę, Monicę i Jonathana! I co?! Które ma być bogiem?! Przestań kłamać! - rozpłakałam się. -Przecież to nie możliwe!
-Wiem, że dla was to szok. Zawsze jest - odezwał się Seven-satyr. -Ale musicie sobie z tym poradzić. A ty, Merry, po prostu rodzice nie powiedzieli ci wszystkiego. Twoja matka jest półbogiem, jej matką jest Brizo, a ojcem też jakiś półbóg. Twoja rodzina od pokoleń dziedziczy cechy bogów. Możliwe, że masz w sobie wszystkich Olimpijczyków i paru pomniejszych, ale też niezwykle silnych bogów. Jesteś właściwie taką "zabójczą mieszanką". - uśmiechnął się pokrzepiająco. -Dlatego muszę cię zabrać do Obozu Pół Krwi. Tych dwoje też.. Przy okazji.
-Dziękuję - mruknął Chris. -Fajnie, że "przy okazji".
-No przepraszam, że to ona -wskazał mnie ruchem ręki -jest głównym celem mojej wyprawy! Poza tym, bierzcie plecaki! Wyruszamy NATYCHMIAST! - ton jego głosu świadczył, że coś go przeraziło. -Szybko! Bierzcie, co macie do wzięcia i w nogi! Za chatą są trzy pegazy! Znają drogę do Obozu! Ruszajcie!
-Ale o co chodzi? - spytała Lou. -Co się dzieje?
-Zbliża się! - wyszeptał. -Jest coraz bliżej! Już wyraźnie czuje waszą krew! Krew półbogów i satyra! Idźcie, ja ją zatrzymam! Na tych pegaz w jakieś osiem godzin dotrzecie do Obozu, teraz idźcie! - wypchnął nas z chatki i poprowadził na jej tyły.
Rzeczywiście, na małej polance pasły się trzy skrzydlate konie, jeden karmelowy i dwa białe w brązowe łatki.
-To Reli, Poli i Koli - Seven wskazał po kolei na konie. -A teraz idźcie, zobaczymy się znów w Obozie. - to mówiąc podbiegł do Reli i założył nań dwie torby, to samo zrobił pozostałym pegazom. Potem wymruczał coś nad każdym z nich i kazał nam wsiadać. Kiedy już każdy miał swojego konia odezwał się po raz ostatni:
-Uważajcie na siebie! - klepnął mojego pegaza w zad. Zwierze poderwało się do góry, za nim konie Chrisa i Lou. -Zobaczymy się w Obozie!
To lecimy! - usłyszałam w głowie. Chwilę minęło, zanim zorientowałam się, że słyszę myśli konia.
_______________________________________
Noo... To pierwszy rozdział już jest! Mam nadzieję, że się podoba
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)